czwartek, 22 grudnia 2011

Gangster w akcji

Igor oberwał banderolkę z mojego motka. Gdy zobaczył, że się przyglądam, odłożył opaskę na właściwe miejsce i przyklepał. "No co, wszystko jest na miejscu!" - wyczytałam w jego oczach. Gdy ja zbierałam włóczkę, Igor oddalił się rączym truchcikiem, by włamać się do zmywarki. Usłyszał, że pędzę naczyniom na odsiecz, więc pospiesznie wsunął kosz, zamknął zmywarkę i odwrócił się w moją stronę, bezradnie rozkładając ręce. "Emaaaaa" - powiedział i poszedł wygrzebywać glebę z doniczki.

To będzie długi dzień.

Po męsku

Ja: Igor, daj tacie buziaka
Iguś: Nje.
Tata: Pewnie, że nie. Igor, co robią Prawdziwi Faceci?
Iguś (klepiąc ojca po łopatce): Pap pap pap. 


KURTYNA

czwartek, 15 grudnia 2011

Nowe słowo

Nowe słówko Igora brzmi "ŻLE". Jak się człowiek uderzy w łepetynę albo przytnie paluchy, jest ŹLE. Gdy matka nie chce włączyć "lali" w komputerze jest ŹLE. Gdy karmią zupą, jest ŹLE ŹLE ŹLE. 

Właśnie Igor dostarczył mi ufnie pilot od tv, rozłożony na maksymalną do osiągnięcia bez śrubokręta ilość części, które nie dawały się złożyć w schludną całość.

 "Mama, ŹLE!"

niedziela, 13 listopada 2011

Nasza rodzina :)


Nie tylko mama lubi gotować


Zen


Zabawki edukacyjne


Malarz pokojowy


Adres: Biegun Północny

Jakby co, słownik ortograficzny już ma ;)

Balet

Jak się okazało, Igor bardzo lubi balet. "Jezioro łabędzie" wzbudziło jego entuzjazm :)

Spóźnione podsumowanie

Czyli rok przeleciał naprawdę piorunem - a 4 listopada Prezes Igor przestał być niemowlęciem.

10 miesięcy :)


9 miesięcy - mały flirciarz :)


8 miesięcy :)

7 miesięcy


Pół roku!

Nauka jedzenia na 5 miesięcy

4 miesiące przebiegły w mgnieniu oka!

Trzy miesiące minęły jak z bicza trzasnął - a Mały Mężczyzna rośnie :)



To już 2 miesiące :) A pyzy rosną ;)


Tu miesiąc :)

A tu 10 dni :)

piątek, 11 listopada 2011

Słownik Igorkowo-ludzki

Mama - mama
Tata - tata
Goga - Olga
Koko - kotek
Kaka - piesek
Da! - daj!
Nje - nie
Zdecydowanie Igorro wkracza w obszary komunikacyjne :)

czwartek, 6 października 2011

Dzień trzeci

Po atrakcjach dnia poprzedniego wstaliśmy z niejakim wysiłkiem oraz sporą ilością postękiwania. Dzisiaj nikomu nie chciało się grać w badmintona...
Obeszliśmy okolicę, gdzie królowały sówki...

...i wiewiórki, a następnie wjechaliśmy wyciągiem na Palenicę. Mamy nawet zdjęcia w czasie jazdy, ale takie prawdziwe. Zeskanujemy je w najbliższym czasie. Na Palenicy znajduje się zjeżdżalnia grawitacyjna, rynnowa. Po pierwszej przejażdżce z tatą Olga zawrzasnęła "Jeszczeeeeeee!" i usadowiła się w saneczkach ze Sławkiem.
I tyle ich było widać...
Dopóki nie pojawili się z drugiego końca toru.

Następnie wspięliśmy się na Szafranówkę, skąd podziwialiśmy widoki.

Później ruszyliśmy w stronę schroniska Pod Orlicą, niestety na naszej drodze wyrosły bardzo strome skałki, które zmieniły trekking w rock climbing, a nawet nadupiezjazding ;) W tym ostatnim celowała zwłaszcza pisząca te słowa. Dlatego kiedy z naprzeciwka nadeszli turyści, ostrzegający przed jeszcze trudniejszym odcinkiem, niewiele myśląc skierowaliśmy swe kroki żółtym szlakiem na Słowację, do Lesnicy. Doszliśmy w końcu do Dunajca.
A później, ścieżką pieszo-rowerową powędrowaliśmy wzdłuż rzeki z powrotem do Szczawnicy, po drodze natrafiając na taką jaskinię:


Dzień zakończono pstrągową ucztą i jazdą w niebywałym korku w stronę domu. Na szczęście za mostem w Krościenku korek się rozładował, a my pomknęliśmy w stronę Mielca, gdzie dotarliśmy ok. 23, zaledwie dwie godziny później, niż to było w planach.

Dzień drugi

Dzień drugi rozpoczął się od meczu badmintona w ogrodzie. Zdjęcia będą później, gdy je pozyskamy z aparatu cioci Karolinki :)
Olga sprawdzała, czy huśtawka dobrze huśta:
A potem ruszyliśmy do Jaworków.
A stamtąd do Białej Wody. To wąwóz równoległy do bardziej znanego - czyli Homola, równie piękny, choć (na szczęście) mniej uczęszczany.
Każdy przystanek na drodze był dobry, by coś przekąsić (główna inicjatywa należała w tym zakresie do Wujka Sławka).
 Dziewczyny maszerowały dzielnie.
 Olga z rzeczoną Białą Wodą pozowała z daleka...
 ...a Sławek z bliska.
 Strumienie były bardzo zimne i wesoło migotały na kamieniach w słońcu.
Nad Białą Wodą, idąc w stronę Przełęczy Rozdziela, natknęliśmy się na bacówkę. Niestety, oscypków nie było.
Dalsza trasa wiodła tędy-klik! - a ponieważ była naprawdę trudna, nie w głowie nam było robienie zdjęć. Cała wyprawa trwała około sześciu godzin, a Olga, mimo kilku załamań, dzielnie maszerowała pod nadzorem osobistego trenera - Sławka. Zeszliśmy do Jaworek wąwozem Homole, gdzie Olgunia pełniła rolę przewodniczki :)
Nie macie pojęcia, jak smakował obiad po takim wysiłkowym dniu! Oczywiście w Szczęściu, bardzo nam się spodobało to miejsce :)