niedziela, 13 listopada 2011

Adres: Biegun Północny

Jakby co, słownik ortograficzny już ma ;)

Balet

Jak się okazało, Igor bardzo lubi balet. "Jezioro łabędzie" wzbudziło jego entuzjazm :)

Spóźnione podsumowanie

Czyli rok przeleciał naprawdę piorunem - a 4 listopada Prezes Igor przestał być niemowlęciem.

10 miesięcy :)


9 miesięcy - mały flirciarz :)


8 miesięcy :)

7 miesięcy


Pół roku!

Nauka jedzenia na 5 miesięcy

4 miesiące przebiegły w mgnieniu oka!

Trzy miesiące minęły jak z bicza trzasnął - a Mały Mężczyzna rośnie :)



To już 2 miesiące :) A pyzy rosną ;)


Tu miesiąc :)

A tu 10 dni :)

piątek, 11 listopada 2011

Słownik Igorkowo-ludzki

Mama - mama
Tata - tata
Goga - Olga
Koko - kotek
Kaka - piesek
Da! - daj!
Nje - nie
Zdecydowanie Igorro wkracza w obszary komunikacyjne :)

czwartek, 6 października 2011

Dzień trzeci

Po atrakcjach dnia poprzedniego wstaliśmy z niejakim wysiłkiem oraz sporą ilością postękiwania. Dzisiaj nikomu nie chciało się grać w badmintona...
Obeszliśmy okolicę, gdzie królowały sówki...

...i wiewiórki, a następnie wjechaliśmy wyciągiem na Palenicę. Mamy nawet zdjęcia w czasie jazdy, ale takie prawdziwe. Zeskanujemy je w najbliższym czasie. Na Palenicy znajduje się zjeżdżalnia grawitacyjna, rynnowa. Po pierwszej przejażdżce z tatą Olga zawrzasnęła "Jeszczeeeeeee!" i usadowiła się w saneczkach ze Sławkiem.
I tyle ich było widać...
Dopóki nie pojawili się z drugiego końca toru.

Następnie wspięliśmy się na Szafranówkę, skąd podziwialiśmy widoki.

Później ruszyliśmy w stronę schroniska Pod Orlicą, niestety na naszej drodze wyrosły bardzo strome skałki, które zmieniły trekking w rock climbing, a nawet nadupiezjazding ;) W tym ostatnim celowała zwłaszcza pisząca te słowa. Dlatego kiedy z naprzeciwka nadeszli turyści, ostrzegający przed jeszcze trudniejszym odcinkiem, niewiele myśląc skierowaliśmy swe kroki żółtym szlakiem na Słowację, do Lesnicy. Doszliśmy w końcu do Dunajca.
A później, ścieżką pieszo-rowerową powędrowaliśmy wzdłuż rzeki z powrotem do Szczawnicy, po drodze natrafiając na taką jaskinię:


Dzień zakończono pstrągową ucztą i jazdą w niebywałym korku w stronę domu. Na szczęście za mostem w Krościenku korek się rozładował, a my pomknęliśmy w stronę Mielca, gdzie dotarliśmy ok. 23, zaledwie dwie godziny później, niż to było w planach.

Dzień drugi

Dzień drugi rozpoczął się od meczu badmintona w ogrodzie. Zdjęcia będą później, gdy je pozyskamy z aparatu cioci Karolinki :)
Olga sprawdzała, czy huśtawka dobrze huśta:
A potem ruszyliśmy do Jaworków.
A stamtąd do Białej Wody. To wąwóz równoległy do bardziej znanego - czyli Homola, równie piękny, choć (na szczęście) mniej uczęszczany.
Każdy przystanek na drodze był dobry, by coś przekąsić (główna inicjatywa należała w tym zakresie do Wujka Sławka).
 Dziewczyny maszerowały dzielnie.
 Olga z rzeczoną Białą Wodą pozowała z daleka...
 ...a Sławek z bliska.
 Strumienie były bardzo zimne i wesoło migotały na kamieniach w słońcu.
Nad Białą Wodą, idąc w stronę Przełęczy Rozdziela, natknęliśmy się na bacówkę. Niestety, oscypków nie było.
Dalsza trasa wiodła tędy-klik! - a ponieważ była naprawdę trudna, nie w głowie nam było robienie zdjęć. Cała wyprawa trwała około sześciu godzin, a Olga, mimo kilku załamań, dzielnie maszerowała pod nadzorem osobistego trenera - Sławka. Zeszliśmy do Jaworek wąwozem Homole, gdzie Olgunia pełniła rolę przewodniczki :)
Nie macie pojęcia, jak smakował obiad po takim wysiłkowym dniu! Oczywiście w Szczęściu, bardzo nam się spodobało to miejsce :)

Pienińska eskapada - dzień pierwszy

Wyjazd został zaplanowany na 7:00. Już o 7:02 okazało się jednak, iż Mało Doświadczona Piechurka postanowiła pojechać w góry w balerinach, nie obeszło się więc bez błyskawicznego powrotu po stabilne buty. Kolejnym przystankiem była stacja benzynowa z zielonym słoneczkiem, gdzie zwykłe paluszki, kosztujące w sklepie spożywczym 1,50, miały cenę 7 złotych. (Późniejsze badania wykazały, że na stacji z orzełkiem kosztują one 1,80. Cóż, taki lajf.) Przyczepiono nawigację, wysłuchano mamrotania pani desperacko wmawiającej, że jedziemy na przełaj, a nie piękną, nową drogą i ruszono w dal.
Gdy tylko skończyło się województwo podkarpackie, droga zaczęła przypominać nieudane eksperymenty w lukrowaniu tortu, a na tylnym siedzeniu dało się słyszeć jęki, na zmianę brzmiące "Kiedy dojedzieeeeeemy?" i "Niedooooooooobrze mi..." Wymiatanie i wyrzekanie nastąpiło na drodze ekspresowej, ale sytuacja została opanowana. Koło południa dojechaliśmy na miejsce. Domek, zarezerwowany parę dni wcześniej, stał sobie spokojnie nad Grajcarkiem i czekał na zmęczonych gości.
Okno naszego pokoju wychodziło na piękny ogródek z huśtawką.
A tak prezentował się pokój.
Powyższe zdjęcia pochodzą ze strony http://www.gondek.nrs.pl/index.html
Po rozpakowaniu się wyruszyliśmy coś przekąsić. Przy głównej ulicy Szczawnicy jest sobie miejsce, do którego wracaliśmy codziennie - jadłodajnia Szczęście - niedroga, przyjazna, a jedzenie bardzo przyjemne.
Igorek zasmakował w pstrągu i ziemniakach, Olga raczyła się pizzą i rosołem, tata - plackiem po hajducku a mama - surówkami i krupnikiem :)
Po wczesnym obiadku ruszyliśmy w góry. Chłopaki trzymały się razem.
Olga była nieco wstrząśnięta, że tu jest cały czas pod górkę, co przejawiło się nieustającym sklamrzeniem w klimacie "Ja już nie moooogę..." Na szczęście osobisty trener w postaci Sławka zapobiegł nieuchronnej katastrofie, tj. solidnemu atakowi frustracji. A napotkany na szlaku 4,5letni kolega, również deklarujący, że on już dalej nie idzie, okazał się być motywatorem jeszcze lepszym. Rzeczony Filip i Olga popędzili w górę szlaku w takim tempie, że ich rodzice z językami po pas musieli pójść w ich ślady.
Na górze jednak towarzystwo opadło z sił.
Po pięciu minutach regeneracji byli gotowi do dalszej rozróby.
Za ogrodzeniem krzyża widać kawałek Filipa, biegnącego za Olgą ;)
Tata z Igorem podziwiali widoki.
Dzień zakończył się kolacją i padnięciem od górskiego powietrza dość wczesnym