czwartek, 6 października 2011

Pienińska eskapada - dzień pierwszy

Wyjazd został zaplanowany na 7:00. Już o 7:02 okazało się jednak, iż Mało Doświadczona Piechurka postanowiła pojechać w góry w balerinach, nie obeszło się więc bez błyskawicznego powrotu po stabilne buty. Kolejnym przystankiem była stacja benzynowa z zielonym słoneczkiem, gdzie zwykłe paluszki, kosztujące w sklepie spożywczym 1,50, miały cenę 7 złotych. (Późniejsze badania wykazały, że na stacji z orzełkiem kosztują one 1,80. Cóż, taki lajf.) Przyczepiono nawigację, wysłuchano mamrotania pani desperacko wmawiającej, że jedziemy na przełaj, a nie piękną, nową drogą i ruszono w dal.
Gdy tylko skończyło się województwo podkarpackie, droga zaczęła przypominać nieudane eksperymenty w lukrowaniu tortu, a na tylnym siedzeniu dało się słyszeć jęki, na zmianę brzmiące "Kiedy dojedzieeeeeemy?" i "Niedooooooooobrze mi..." Wymiatanie i wyrzekanie nastąpiło na drodze ekspresowej, ale sytuacja została opanowana. Koło południa dojechaliśmy na miejsce. Domek, zarezerwowany parę dni wcześniej, stał sobie spokojnie nad Grajcarkiem i czekał na zmęczonych gości.
Okno naszego pokoju wychodziło na piękny ogródek z huśtawką.
A tak prezentował się pokój.
Powyższe zdjęcia pochodzą ze strony http://www.gondek.nrs.pl/index.html
Po rozpakowaniu się wyruszyliśmy coś przekąsić. Przy głównej ulicy Szczawnicy jest sobie miejsce, do którego wracaliśmy codziennie - jadłodajnia Szczęście - niedroga, przyjazna, a jedzenie bardzo przyjemne.
Igorek zasmakował w pstrągu i ziemniakach, Olga raczyła się pizzą i rosołem, tata - plackiem po hajducku a mama - surówkami i krupnikiem :)
Po wczesnym obiadku ruszyliśmy w góry. Chłopaki trzymały się razem.
Olga była nieco wstrząśnięta, że tu jest cały czas pod górkę, co przejawiło się nieustającym sklamrzeniem w klimacie "Ja już nie moooogę..." Na szczęście osobisty trener w postaci Sławka zapobiegł nieuchronnej katastrofie, tj. solidnemu atakowi frustracji. A napotkany na szlaku 4,5letni kolega, również deklarujący, że on już dalej nie idzie, okazał się być motywatorem jeszcze lepszym. Rzeczony Filip i Olga popędzili w górę szlaku w takim tempie, że ich rodzice z językami po pas musieli pójść w ich ślady.
Na górze jednak towarzystwo opadło z sił.
Po pięciu minutach regeneracji byli gotowi do dalszej rozróby.
Za ogrodzeniem krzyża widać kawałek Filipa, biegnącego za Olgą ;)
Tata z Igorem podziwiali widoki.
Dzień zakończył się kolacją i padnięciem od górskiego powietrza dość wczesnym